TERAZ
12:32–14:07

Telesprzedaż

Telesprzedaż

Oglądaj na żywo ›
NASTĘPNIE
14:07–14:43

Lasy Państwowe

Serial dokumentalny

Usłyszmy w końcu ten płacz!

Media regularnie donoszą o tragedii dzieci. Płacz dziecka za ścianą, nie zawsze oznacza, że zrobiło sobie ono krzywdę. Niestety przemoc wobec dziecka pozostaje z nim na całe życie.

Co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o tragedii dzieci: bitych, maltretowanych, wykorzystywanych seksualnie, czy zabijanych. Niestety zbyt często – nawet jedna taka informacja to o jedną informację za dużo. Należy pamiętać, że dziecko skrzywdzone chociaż raz, już na zawsze pozostanie skrzywdzone. Trauma z dzieciństwa przetrwa z człowiekiem do końca jego dni, utrudniając mu, a często uniemożliwiając normalną, zdrową i niezagrożoną przestępstwami egzystencję we własnej, małej, lokalnej społeczności, jak i w całym społeczeństwie, nie mówiąc już o powielaniu haniebnych wzorów z dzieciństwa we własnym dorosłym życiu, a jest to według mnie najmroczniejszy i największy dramat w życiu ludzi, którzy po prostu nie potrafią inaczej.

Często zastanawiam się, co powoduje agresywne zachowanie dorosłych wobec tych bezbronnych. Nie znajduję odpowiedzi. Sam jestem ojcem i jeżeli nie mamy do czynienia z chorobą psychiczną, to nie ma mojej zgodny na żadne tłumaczenie tak nieludzkiego zachowania. Argumentacje o ciężkim dzieciństwie znaczonym przemocą, ciężkiej sytuacji, biedzie etc., do mnie nie trafiają. Nie trafiają dlatego, że każdy rozsądny człowiek dla swoich dzieci musi chcieć lepiej i więcej niż sam w swoich szczenięcych latach dostał od życia. I tu dochodzimy do sedna: dobry i rozsądny człowiek chce, zły i głupi nie, a dla zła i głupoty usprawiedliwienia być nie może.

Co na to media?

Medialny obraz tego strasznego problemu, z którym nie potrafimy, a często nie chcemy, sobie poradzić bardzo szybko się rozmywa. Gdy dochodzi do tragedii nagłówki w prasie, czy telewizyjne ramówki programów informacyjnych zdają się krzyczeć o bestialstwie dorosłych, którzy zwykle są najbliższymi tych, których krzywdzą – wydaje się, że dom rodzinny to „najbardziej przyjazne środowisko” dla takiego okrucieństwa. Tytuły: „Zabójstwo niemowlęcia”, „Dziecko na łańcuchu”, „Maltretowany 10-cio latek”, „Rodzice maltretowali niemowlę” nie pozostawiają złudzeń – straszna choroba toczy nasze społeczeństwo i nie ma na nią szczepionki.

O chorobach zapominamy, gdy miną. Tak samo jest z krzykliwymi tytułami w prasie — odchodzą w niepamięć już po kilku dniach. Poszkodowane dzieci stają się dla nas czymś tak nierealnym i ulotnym, że nie pamiętamy nawet ich imion. Kinga, Olek, Małgosia nagle zmieniają się w istoty bezimienne. Wiemy, że coś złego się wydarzyło, wiemy, że dziecko zostało skrzywdzone, ale jest to dla nas tak odległe, że w naszej pamięci zachowuje się coraz mniej szczegółów, które po jakimś czasie też znikają.

Skupisko szarych komórek w płatach skroniowych mózgu, zwane hipokampem zaczyna „pracować”, przypominając sobie zakurzone już mocno fakty, gdy dochodzą do nas kolejne, zupełnie nowe informacje o jeszcze jednym bezdusznym zachowaniu i niepotrzebnym, bezsensownym cierpieniu. Ale już nie wiemy, czy była to Kinga, czy Zosia, Marcin czy Mateusz. W moim odczuciu bezimienne ofiary, po jakimś czasie przestają być ofiarami. Oczywiście to nie jest tak, że zapominamy o draństwie, okrucieństwie i braku serca katów, ale zapominamy o ofiarach i ich cierpieniu, a co gorsza zapominamy o tym, że to dzieje się każdego dnia bardzo blisko nas i niestety tracimy czujność, a to już obciąża nasze sumienia.

Choroby, o której pisałem wcześniej, nie musimy leczyć inwazyjnie, aby ją pokonać, potrzebne są środki zapobiegawcze, tyle tylko, że ich nie ma. System jest ślepy i głuchy. System nie działa, a brak systemu to coraz więcej „zarażonych”, a więcej „zarażonych” to więcej nieszczęść i tragedii.

Aktywiści, organizacje pozarządowe, fundacje i eksperci okazjonalnie (czytaj rzadko) pojawiają się w mediach, opowiadając o niemocy i niezaradności systemu. Z reguły świadkami takich rozmów jesteśmy gdy kolejny raz, jakiemuś dziecku staje się niewyobrażalna krzywda. Czytamy (w rozmowie w GW z dnia 7-ego lutego, Anny Kality z doktor psychologii Agnieszką Widerą – Wysoczańską), po samobójstwie 12-letniej Kingi, która była molestowana, że: „System nie zapewnia bezpieczeństwa ofiarom molestowania”, że jest nieczuły i bezlitosny, pozwalając na powrót dzieci pod dach swoich oprawców, a procedury obowiązujące podczas „wyjaśniania tego typu nadużyć” są nieludzkie i powodują u dzieci ponowne, głębokie otwarcie ran. Wiemy o tym doskonale, a pytanie: „Ile jeszcze potrzeba czasu, aby tę sytuację naprawić i uzdrowić?”, cały czas, z niestety ogromną szkodą dla krzywdzonych dzieci pozostaje bez odpowiedzi. Ich rany i okaleczenia nie przestają „krwawić”, one nie mogą się zagoić. Niby wiadomo co i jak trzeba zmienić, a mimo tego za tą „wiedzą” nie idą żadne kroki, lub są one niezbyt widoczne. Winnych takiego stanu rzeczy bardzo łatwo wskazać. Państwo wydaje się bezsilne, ale według mnie dlatego, że po pierwsze nie widzi problemu, a po drugie nie chce go pokazywać. Decyzje, które podejmują rządzący, bywają niezrozumiałe, a nawet skandaliczne. Przykładem może być brak dofinansowania dla telefonu zaufania FDDŚ, fundacji, która odnosi na tej niwie niemałe sukcesy.

W artykule Joanny Zajchowskiej, z 26 lutego również z Gazety Wyborczej, ponownie akcentowano fakt, że nie działa on (system) na wielu płaszczyznach, podkreślano też opieszałość sądów i to, co uderzyło i zabolało mnie najbardziej — wiele przypadków krzywdzenia dzieci w ogóle nie jest rozpatrywanych przez te sądy, bo nie ma na nie dowodów. Zatem jakie dowody są potrzebne, aby takimi sprawami zajął się wymiar sprawiedliwości?

Dla dzisiejszych mediów nawet „gorący” temat nie może trwać w nieskończoność. Każdy nowy dzień przynosi nowe historie, a za nimi nowe newsy, które po kilku dniach, może nawet po kilku godzinach zostaną wypchnięte przez kolejne – w dzisiejszym społeczeństwie informacyjnym nic nie może trwać wiecznie. Każda informacja ma swoją żywotność, bez względu na to, jaką ma wagę.

Przecież można inaczej!   

Zdjęcie: Arina Krasnikova

Wiem, że można wychować dziecko bez przemocy, wiem, że może to się udać każdemu – to nie jest „mission impossible”. Mało przecież jest tak naturalnych uczuć w naszym życiu jak miłość do własnego dziecka. Musimy pamiętać, że mamy obowiązek reagować, jako obcy mijający się na chodniku, jako znajomi, a przede wszystkim jako sąsiedzi, bo przecież nie jest wielkim problemem, aby rozpoznać, że za naszą ścianą słyszymy płacz pełen bólu i rozpaczy, a nie płacz dziecka, które zrobiło sobie krzywdę podczas zabawy.

Jedna dobra rzecz, którą będziemy w stanie zrobić dla krzywdzonego dziecka, jedno dobre słowo, którym to dziecko obdarujemy, może uczynić cuda. Może zmienić jego przyszłość, która w tej właśnie chwili — w chwili naszej potencjalnej reakcji — mówiącej dziecku, że wokół niego też jest dobro, nie ukazuje się w „jasnych” barwach.  Nie możemy odwracać głowy, gdy dziecku dzieje się krzywda. Nie możemy zatykać uszu, gdy słyszymy płacz malucha – musimy go w końcu usłyszeć!

oprac. Maciej Kwiatkowski